Bieg, rower i kajak w jednym z najbardziej kultowych wyścigów multisportowych na świecie. O przygotowaniach, strategii i wyzwaniach związanych z wyścigiem Kathmandu Coast to Coast rozmawiam z zawodnikiem TriZ Performance Markiem Łazewskim.
Na początek – czym jest Coast to Coast i dlaczego zdecydowałeś się na ten start?
To jeden z najbardziej legendarnych wyścigów multisportowych na świecie. Trasa prowadzi przez całą Wyspę Południową Nowej Zelandii – od zachodniego wybrzeża Morza Tasmana aż do Oceanu Spokojnego w Christchurch. Całość ma około 243 km, a zawodnicy pokonują ją biegnąc, jadąc na rowerze i płynąc kajakiem.
Startuje się na plaży Kumara Beach, potem jest krótki bieg, ponad 50 km na rowerze, około 30 km bardzo wymagającego biegu górskiego przez przełęcz Goat Pass, kolejny odcinek kolarski, następnie ponad 60 km kajakiem rzeką Waimakariri i na końcu jeszcze około 70 km roweru do mety nad oceanem.
Zawsze pociągały mnie takie przygody – to nie jest tylko wyścig, ale prawdziwa wyprawa przez góry i rzeki.
Trasa Coast to Coast: 243 km przez Nową Zelandię
Który fragment trasy uważasz za najbardziej wymagający?
Początkowo obawy budził we mnie bieg przez Goat Pass. To około 30 km w bardzo dzikim terenie – dużo biegania po kamieniach, liczne przeprawy przez rzekę i prawie 800 metrów przewyższenia zanim dotrze się na przełęcz.
Nogi bardzo dużo pracują stabilizując Cię na nierównej i niestabilnej powierzchni, więc te mięśnie, które są przydatne przy biegach po płaskim asfalcie na niewiele się przydają. Taka nawierzchnia obciąża też układ nerwowy – trzeba być mocno skoncentrowanym przez cały czas, ale jednak nie patrzeć cały czas pod nogi.
Ostatecznie najtrudniejszym elementem dla mnie był kajak – ponad 60 km po rzece z odcinkami dość technicznymi, wielokrotnie trzeba dobrze czytać wodę i wybierać odpowiednią trasę, żeby nie wpłynąć niebezpieczne miejsce, albo nie osiąść na mieliźnie. Moje skillle kajakowe pochodziły głównie ze spływu rzekami w typie Czarnej Hańczy 25 lat temu. Latem tego roku nie do końca jeszcze wierzyłem, że w ogóle uda mi się ten wyjazd zorganizować. W efekcie w zasadzie całe moje przygotowanie kajakowe zmieściłem w 3 tygodnie przed startem, które spędziłem w Nowej Zelandii.
Ostatecznie odcinek biegowy w całości przeszedłem (miałem spory zapas w limicie czasu po odcinku rowerowym). Natomiast na odcinku kajakowym miałbym sporo kłopotów głównie ze względu na skurcze przedramion.

Jak trenować pod wyścig multisportowy?
Jak wyglądał Twój trening pod tak specyficzny wyścig?
Największą trudnością jest połączenie trzech dyscyplin. W triathlonie mamy pływanie, rower i bieg – tutaj zamiast pływania jest kajak, który wymaga zupełnie innych mięśni techniki i specyficznej pozycji.
W bezpośrednich przygotowaniach robiłem trzy główne bloki:
-
Treningi kolarskie – tutaj zakładałem, że sobie poradzę – trenowałem w tym roku do dystansu pełnego ironmana z 2000 m przewyższenia, więc ta dwa odcinki w miarę płaskie po 50-70 km nie wydawały się wyzwaniem. Natomiast zupełnie nie byłem przygotowany na jazdę w peletonie. I trochę żałowałem, że tego nie poćwiczyłem, bo to jednak wymaga trochę przygotowania. Na początku podpiąłem się pod ostro jadący peleton, ale nie rozumiałem za bardzo komend (po angielsku) i nie czułem się komfortowo z tym, że koleś obok w zasadzie mnie dotyka i jeszcze je batona zapijając izotonikiem. Jak zaczęliśmy zjeżdżać z górki i tempo wzrosło, to wymiękłem psychicznie.
-
Marszobiegi w trudnym terenie górskim – szczególnie po kamieniach i nierównym podłożu, ponieważ mam kontuzję biodra, to nie zakładałem dużych prędkości, i to co zrobiłem na miejscu przez 3 tygodnie było wystarczające
-
Trening kajakowy na jeziorach (w Polsce zrobiłem jeszcze kilka treningów techniki w basenie), ale przede wszystkim kilkanaście godzin na górskich rzekach. Tego elementu robiłem za mało, w efekcie nie wiosłowałem efektywnie “z krzyża” tylko cisnąłem na rękach (szczególnie w trudnych momentach), to się przełożyło na sporo kryzysów. Ręce są jednak znacznie słabsze niż mięśnie grzbietu i brzucha, z których powinno się głównie korzystać przy wiosłowaniu.
Robiłem też trochę treningu stabilizującego głównie nogi i core. Pewnie jakby ktoś chciał biec po kamieniach i rzece na Goat Pass, a nie iść, to powinien tego zrobić dużo więcej. Dla mnie godzina w tygodniu okazała się wystarczająca.

Logistyka i strategia na Coast to Coast
Ten wyścig wydaje się też logistycznie skomplikowany. Jak to wygląda od strony logistycznej ?
Zdecydowanie tak. W praktyce to cały projekt logistyczny. Potrzebujesz:
-
roweru szosowego; kajaka, obowiązkowego sprzętu na każdy etap (aby przetrwać w górach w razie wypadku lub utraty kajaka); zespołu supportu z samochodem, który przewiezie cały ten szpej; w dwudniowym wyścigu jeszcze sprzętu kempingowego, żeby zanocować na przełęczy.
Każda strefa zmian jest w w zupełnie innym miejscu. Support musi być tam wcześniej, przygotować sprzęt i jedzenie.
Mój support składał się ostatecznie tylko z mojego syna, któremu jedynie przy kajaku pomogli ludzie, od których wypożyczyłem kajak. Znajomy Nowozelandczyk, któremu miał jedynie pomagać grał w rugby kilka dni przed moim startem i wybił sobie bark. Dodatkowo wspierał on jeszcze jadących w tandemie znajomych, którzy byli cały czas pod koniec stawki, a ostatecznie DNFowali na etapie kajakowym. Więc spędzał wiele godzin na poszczególnych strefach zmian. Zaprzyjaźnił się ze staffem i dostał nawet od nich koszulkę.
Jak wyglądała strategia na dzień wyścigu?
Ja uznałem, że najważniejsze jest nie przesadzić. W efekcie na metę pierwszego dnia na przełęczy Arthur’s Pass dotarłem wprawdzie dosyć późno, ale z niewielkim zmęczeniem. Dopiero drugiego dnia w połowie kajaka zacząłem trochę rumakować, ale rzeka zaraz mnie pouczyła, wciągnęła pod kajak i się uspokoiłem. Dopiero na rowerze drugiego dnia udało mi się całkiem nieźle popracować w małej grupie (tam jest dozwolony drafting, do czego nie byłem zupełnie przyzwyczajony) i to wyszło całkiem fajnie. Nawet mi było żal, że ostrzej nie cisnąłem w pierwszym dniu, ale trudno przewidzieć jak Twoje ciało zareaguje na taki nietypowy profil wysiłku.
Strategia jest taka:
-
Spokojny początek na rowerze (chyba, że się ktoś wkręci w ostro jadący peleton).
-
Kontrola tempa na biegu górskim (ja akurat szedłem sobie spokojnym spacerkiem podziwiając okolicę).
-
Stabilny kajak bez niepotrzebnego szarżowania. Wywrotka to jednak 15-20 minut straty, plus utrata ciepła i potencjalnie stres, lepiej płynąć wolniej, a stabilnie.
-
Na końcu – mocny rower do mety. Zazwyczaj jest silny wiatr od morza, więc też warto się efektywnie draftować (bo można).

Kajak, rower i biegi górskie – największe wyzwania
Czy powtórzyłbyś ten start kiedyś?
Dlaczego takie wyzwania? Co daje Ci start w takich wyścigach?
Dla mnie to przede wszystkim przygoda. Okazja na obejrzenie bardzo urokliwych miejsc. Szybki już nie będę, zostaje mi tylko wytrwałość i szukanie nietypowych zadań.
Biegniesz przez dzikie doliny, płyniesz przez kaniony rzeki, a na końcu wjeżdżasz rowerem do miasta i kończysz na plaży przy oceanie.
Fajnie też było, że udało mi się tam wyjechać razem z rodziną, trochę zwiedzić te niesamowite miejsca na ziemi.
Przygoda zawsze była dla mnie ważnym motywatorem w życiu.