Zacznijmy klasycznie: jak smakowało śniadanie przed startem — bardziej „mistrzowsko energetyczne” czy „byle przełknąć i nie żałować”?
W Maladze wylądowaliśmy w środę, zawody odbywały się w niedzielę. Oprócz naszej czwórki czyli moich najwierniejszych kibiców, poleciała z nami moja siostra z synkiem, mama i siostra mamy, co oznaczło solidne wsparcie na miejscu. W tygodniu startu meczył mnie ból głowy, który na codzień właściwie w ogóle u mnie nie występuję, a będąc już na miejscu zaczęło mnie boleć gardło. Samopoczucie było takie sobie, trochę potęgowało to stres przed zawodami i niepewność czy będę w pełni sił w niedzielę. Jeszcze ranek dzień przed statem czułem się średnio, delikatnie mówiąc. Wtedy stało się coś fantastycznego, zmobilizowałem się, samopoczucie w ciągu dnia poprawiło się. W niedzielę rano czułem się już normalnie, a podczas samych zawodów ból głowy ani gardła już nie doskiwierał.
Moment startu: co pierwsze przyszło Ci do głowy, kiedy stanąłeś na plaży w Marbelli? „Ale będzie grubo”, „po co mi to było?”, czy może „Hiszpania, słońce, idealny dzień na cierpienie”?
Chciałem ustawić się z przodu, bez kompleksów. Wiedziałem że popłynę w okolicach 30′ i dołożę mocno do piec na rowerze. Chciałem wykorzystać w pełni mój potencjał. Moment tuż przed startem, nie do zapomnienia. Uświadamiasz sobie że jesteś tu i teraz. Wyskoczyłem z bramki startowej jak pocisk i gaz do pierwszej boi!
Pływanie: czy woda była bardziej orzeźwiająca, czy raczej przypominała niespodziewany budzik o 5 rano?
Woda było dość rześka, taki Bałtyk latem. Szybko złapałem swój rytm, wyższą kadencję, starałem się łapać szybsze nogi. Na chwilę przewróciłem się na plecy, żeby wylać wodę ktora zebrała mi się między czepkami. Popłynąłem poniżej 31′, ale T1 przeleciałem jak szalony. Nie mogłem chyba doczekać się etapu kolarskiego, który zapowiadał się znakomicie.

Rower w Marbelli to górki i widoki. Kiedy patrzyłeś na krajobraz, myślałeś: „jak tu pięknie”?
Przed zawodami kilka razy udało mi się przejechać trasę na Rouvy. Także przed zawodami zapoznałem się z większą częścią trasy, a część ostatniego zjazdu przejechałem nawet dwukrotnie. Moim małym celem na zawody było pozostanie w lemondce przez cały czas, nawet podczas najszybszych zjazdów. Nie rozglądałem się zbytnio na boki, ale odczuwałem ogromną radość z trasy i mojej formy. Ostatnie kilometry przypominały mi tor F1, z rondami, techniczymi zakrętami, pachołkami, nie odpuszczałem i do końca pozostawłem w trybie full attack. Po etapie kolarskim byłem 20. w kategorii wiekowej (na niemal 500 zawodników).
Najzabawniejszy moment na rowerze: czy ktoś próbował Cię wyprzedzić na zjeździe wyglądając gorzej niż flaga na wietrze?
Zabawne było to jak dodawłem sobie odwagi na zjazdach. Było troche pokrzykiwania i niecenzuralnych słów. Najważniejsze, że okazało się to skuteczne, bo tego dnia nie było na mnie mocnych z górki. Prędkość maksymalna: 83 km/h, nigdy wcześniej tak nie zapier… nie jechałem szybciej na rowerze. Oczywiście waga zawodnika trochę pomogła, ale to tylko jeden z czynników.
Bieg: czy negocjacje ze swoimi nogami, żeby jednak nie odchodziły z pracy były intensywne?
Chciałem pobiec jak w Elsinore w czerwcu, średnio po 4:05/km. Nie uważam że przepaliłem rower, ale już w połowie pierwszej pętli (były dwie) wiedziałem że to będzie ciężki dzień w biurze i o 4:05 mogę zapomnieć. Druga część pętli była jakby z górki i z wiatrem, co bardzo pomagało utrzymać tempo. Po 10 km widziałem, że mam sporą przewagę nad kolegami, widziałem Mariusza Pirka, Michała Wojtyło daleko za mną. Z Mariuszem nigdy nie wygrałem, a Michał włożył mi w Grecji na 70.3 rok temu.
Czy podczas biegu pojawiła się myśl, aby skręcić do najbliższego baru po colę, lód i może sangrię?
Oczywiście, druga pętla to niestety spacerki przez bufety, ale im bliżej mety tym było mi łatwiej przełamywać pokusę zwolnienia, a nawet spacerowania przez strefy. Nauczony doświadczeniem z tego roku, ostatnie 500m poleciałem all out. Opłacało się, bo 2″ za mną zameldował się Mariusz Pirek, a w ogólnym rozrachunku uplasowałem się na 3. miejscu wśród startujących Polaków w mojej kategorii wiekowej.
Każdy triathlonista ma swój „kryzysowy moment”. Jaki był Twój — i czy udałoby się o nim opowiedzieć bez cenzury?
Chyba każdy cierpiał mniej albo więcej na biegu. Myślę że duża część z nas pobiegła wolniej niż wcześniej oczekiwali. Fajne to były zawody, ale w moim przypadku meta pojawiła się w idealnym momencie. Myślę że nie dałbym rady pobiec dalej choć z drugiej strony nadal pragnąłem chłonąć atmosfere kibiców obecnych na trasie!
A Twój osobisty „moment chwały” na trasie? Taki, że aż chciało się krzyczeć: „jestem gość!”
Etap kolarski. Po pływaniu byłem 810 overall, po rowerze 285 (na niemal 3400 startujących) i, jeszcze raz to podkreślę, 20 w kategorii wiekowej. Oznacza to, że podczas samego etapu kolarskiego wyprzedziłem ponad 500 amatorów, którzy tak jak ja zakwalifiikowali się na te zawody. Na przestrzeni sezonu, na rowerze robiłem cuda. Na lewej nodze wytatuowałem sobie dzika, teraz już wiesz dlaczego.

Co wydarzyło się na ostatnich 500 metrach, kiedy wiesz, że meta jest blisko, ale ciało jeszcze o tym nie wie?
Bieg nie wszedł idealnie. Myślę że na biegu właśnie wyszła moja infekcja którą przechodziłem w tygodniu startowym. Myślę że byłbym w stanie urwać 3-4′ z tego co faktycznie pobiegłem. Z jednej strony solidne pływanie, mocny rower, z drugiej taki sobie bieg. W tym roku właściwie tylko na 70.3 w Warszawie i właśnie w Marbelli „dałem ciała” na biegu. Fajnie, bo jest na czym pracować w przyszłym roku!
Atmosfera MŚ: czułeś się bardziej jak profesjonalista, czy jak turysta z numerem startowym?
W Warszawie zdobyłem kwalifikację na Mistrzostwa po dość nietypowych zawodach, zakończonych ogłoszeniem wyników online z ponad tygodniowym opóźnieniem — zwykle robi się to na miejscu, tego samego dnia. Drugiego slota wywalczyłem w Elsinore, zajmując 3. miejsce w kategorii wiekowej. Ten sezon dał mi solidne podstawy, by myśleć o sobie jako o mocnym amatorze w skali kraju, dlatego na starcie nie czułem się jak turysta, ale jak ktoś, kto przez cały rok ciężko na to zapracował.
Żeby wygrać w mojej kategorii, trzeba było pokonać samego Grega van Avermaeta — mistrza olimpijskiego z Rio w kolarstwie — co dobrze pokazuje poziom rywalizacji. Udało mi się ukończyć zawody w TOP51 na świecie i to jest wynik, z którego jestem naprawdę zadowolony, bez potrzeby dorabiania wielkich słów.
Wiek to tylko liczba, ale… co w kategorii M40–44 daje przewagę: doświadczenie, cierpliwość, czy perfekcyjna umiejętność udawania, że nic nie boli?
Już w zeszłym roku wszedłem do kategorii M40. Mam wrażenie, że od kiedy zacząłem bawić się w triathlon, co roku podnoszę swój poziom sportowy. Ten rok przyniósł mi najlepsze czasy na 70.3 i ćwiartce. Mało brakowało abym rozmienił 2h na domierzonej trasie w Łukowie na ćwiartce. Walczyłem o złamanie 37′ na 10k, to chyba jedna z niewielu sportowych celów któych nie udało mi się osiągnąć w tym roku. Chciałbym podtrzymać tą tendencję w przyszłym roku.
Co Cię najbardziej motywuje do startów?
Właściwie to mógłbym w ogóle nie startować. Uwielbiam codzienną rutynę, że jest trening do wykonania, że trzeba dobrze zjeść, zadbać o regeneracje. Na początku sezonu, w listopadzie, grudniu, wtedy kiedy jeszcze średnio mi się chce, zapisanie się na zawody daje mi kopa i motywacji do ruszenia z przygotowaniami. A potem, jakoś to idzie. I tak do wiosny!
Jeśli mógłbyś porównać cały wyścig do jednego filmu — co by to było? Thriller? Komedia? A może „Szybcy i wściekli: wersja triathlon”?
O rany, może Peaky Blinders, poszedłem po swoje!
Największa lekcja z MŚ w Marbelli 2025?
Naładować czujniki mocy przed zawodami. Z pomocą przyszła pewna Pani, która przezornie zabrała ładowarkę ze sobą na zawody. A tak bardziej serio, myślę że okres odpuszczenia przed zawodami jest dla mnie trudny. Łapie infekcje I gorsze samopoczucie. Muszę się nad tym zastanowić jak rozgrywać ostatnie dwa tygodnie przed najważniejszymi zawodami. Jak jest dobre samopoczucie, to wiem że będzie dobrze, a w Marbelli nie do końca tak było (patrz: bieg).
I na koniec: czy po takiej imprezie planujesz chwilę odpoczynku, czy już zerkasz na kalendarz, gdzie wcisnąć kolejny start?
Po starcie zostaliśmy kilka dni na miejscu I zwiedzaliśmy okolice. Tydzień po starcie, z rozpędu, zaatakowałem 37′ w Palmirach, zabrakło 5″. Zwykle po sezonie daje sobie nawet miesiąc luzu, ale nadal pozostaje aktywny. Jest czas żeby spróbować innych sportów, pograć w piłkę albo siatkę.
Na razie nie mam konkretnych planów na 2026. Do tej pory zapisałem się tylko na Półmaraton Warszawski, myślę o triathlonie w Suszu. Chciałbym zaliczyć imprezę pod szyldem IRONMAN, może Poznań nidgy tam nie startowałem. Chodzi mi też po głowie szybki maraton na 42. urodziny.
